Balos i Elafonisi, czyli dwie zjawiskowe plaże Krety

Rok 2020 choć jeszcze nie dobiegł końca, zdążył już sporo namieszać w naszym życiu za sprawą koronawirusa. Pandemia znacząco wpłynęła na każdą dziedzinę ludzkiej aktywności, pokrzyżowała wiele planów, a w szczególności przekreśliła całą masę wakacyjnych przedsięwzięć, podróży, wypraw, zarówno tych dalszych, jak i bliższych. Zamknięte granice i obawa przed nowym wirusem sprawiły, że z bólem serca musieliśmy odłożyć na później nasze podróżnicze plany.

W moim przypadku nie było inaczej. Wiosną miała się odbyć długo wyczekiwana podroż do dalekiej Azji. Z kolei na początku lipca powinienem eksplorować Kraj Basków. Niestety wszystko to trzeba było przełożyć na kolejny rok i choć nie było łatwo, musiałem się z tym pogodzić. No cóż, tak widocznie musiało być, a pocieszam się tym, że ludzie mają na głowie dużo większe zmartwienia. Jak to mówią, co się odwlecze to nie uciecze.

Mimo, że część planów legła w gruzach, to ostatecznie dzięki spontanicznej decyzji udało mi się wyrwać na kilka dni na Kretę. Była to podróż absolutnie nieplanowana w najbliższym czasie, choć o samej wyspie myślałem już od dawna. Jednak chęć wyjazdu i zmiany otoczenia wzięły górę i tak oto znalazłem się na Krecie. Grecja to wciąż bezpieczna destynacja, jeśli chodzi o sprawę koronawirusa, więc nie wahałem się długo. Do tego bilety lotnicze były w przystępnej cenie – nie mogłem nie skorzystać.

Kreta jest czymś więcej niż największą wyspą Grecji, to osobne terytorium z własną kulturą, dialektem, historią. Kilka dni pobytu tutaj to zdecydowanie za mało i mam tego pełną świadomość. Na wyspie jest mnóstwo ciekawych miejsc, do których warto dotrzeć i będę miał dobry powód, aby tu jeszcze wrócić. Jednak moje pięć dni krótkich wakacji wykorzystałem w pełni i nie żałuję ani chwili. Takiej podróży potrzebowałem, podobnie zresztą jak i moja rodzina.

Dziś pierwszy wpis o Krecie ( wkrótce pojawią się kolejne ). Zaczynam od dwóch nieziemsko pięknych plaż zachodniej Krety ( regionu Chanii ), po której to części wyspy poruszałem się podczas mojego pobytu. Balos i Elafonisi – bo o nich mowa, to miejsca, które na długo zapadną mi w pamięci. Do niedawna oglądałem jedynie ich zdjęcia i myślałem, że fajne byłoby kiedyś tam dotrzeć. Nie wyobrażałem sobie podróży na Kretę bez uwzględnienia w planie tych dwóch plaż. Nie ważne, czy lubisz plażowanie, czy nie ( sam nie jestem wielkim fanem typowego plażowania ) – do tych miejsc jedzie się po to, aby po prostu nacieszyć oczy, nakarmić duszę, podziwiać wszystkie odcienie błękitu i turkusu, brodzić w krystalicznie czystej wodzie, zapisać w pamięci te cudowne widoki, gdy przyjdą smutniejsze dni. Człowiek ma wrażenie, że wylądował w jakimś egzotycznym raju, niczym na Karaibach, a nie na bliskiej nam Krecie. Na szczęście również w Europie mamy kilka równie nieziemskich miejsc.

Czy na tak pięknych plażach można liczyć na odrobinę intymności i spokoju? Normalnie pewnie nie za bardzo, ale w epoce koronawirusa turystów jest znacznie mniej i jeżeli zjawicie się na miejscu rano, to możecie mieć lagunę Balos i Elafonisi w zasadzie tylko dla siebie. Na Balos nie docierają też obecnie w standardowych ilościach promy z turystami typu all inclusive ( czytaj wycieczki zorganizowane ), więc jest tu jeszcze bardziej spokojnie. Ja przyjechałem na obie plaże około dziewiątej rano i byłem jednym z pierwszych na miejscu. W miarę upływu czasu docierały kolejne osoby, ale o żadnym tłumie mowy być nie może. I o to właśnie chodziło.

Laguna Balos

Na Balos dotarłem drugiego dnia po przylocie na Kretę. Moją bazą wypadową była Chania, a stamtąd do tej plaży jest około 50 km. Podróż autem zajmuje nieco ponad godzinę i to najlepszy środek transportu, żeby tam dotrzeć. Tak w ogóle to nie wyobrażam sobie zwiedzania Krety ( i innych wysp ) bez wynajętego auta – daje ono nieograniczoną swobodę i możliwość dotarcia do wielu miejsc. Tylko od nas zależy, gdzie chcemy pojechać. Samochód podczas wakacji – czy to nasz własny, czy wynajęty to dla mnie rzecz niezbędna.

Jadąc na Balos trzeba mieć świadomość, że ostatni odcinek trasy ( około 7 km ) to szutrowa, wąska droga tuż nad przepaścią, którą pokonuje się dość wolno jadąc na pierwszym, drugim biegu. Ale bez obaw. Jazda nie przysparza większych trudności i przeciętny kierowca bez problemu da radę. Czasem na kilku odcinkach trudno się minąć z nadjeżdżającym z przeciwka autem, ale i to też nie stanowi jakiegoś wielkiego problemu. Jeśli wyjedziecie wcześnie rano to droga będzie pusta. Z powrotem, ruch będzie już na pewno większy. Moja rada: absolutnie przyjedźcie tutaj jak najwcześniej, bo później znalezienie miejsca do zaparkowania to spore wyzwanie i niepotrzebna strata nerwów. Ja byłem dość wcześnie i uniknąłem tego kłopotu. Jadąc wspomnianą szutrową drogą, będziecie mijali liczne kozy pasące się na skałach i przemykające wam tuż przed samochodem. To chyba taka dodatkowa, naturalna atrakcja i część krajobrazu. Poza tym, widoki z samej drogi niezwykle malownicze. Krótki film z końcowego jej odcinka – tutaj.

Z parkingu czeka was jeszcze około 20-minutowy spacer ścieżką w dół. Kozy wciąż obecne na skałkach i przyglądają się każdemu z osobna 😊

Po kilku minutach wędrówki, naszym oczom ukazują się takie widoki – laguna Balos wita!

To, co wcześniej oglądałem jedynie na zdjęciach, właśnie widzę w rzeczywistości. Na myśl przychodzi tylko jedno słowo – bajka! Balos ( szczególnie z góry, ze ścieżki ) wygląda obłędnie. Laguna, bały piasek, woda mieniąca się rozmaitymi odcieniami błękitu – stałem i po prostu patrzyłem. Widok naprawdę robi wrażenie i pozostanie w mojej pamięci na długo. To właśnie jest duży plus przyjechania w to miejsce autem. Podążając ścieżką do laguny, mamy możliwość podziwiania jej z góry w jej najbardziej atrakcyjnym wydaniu. Tej okazji nie mają ci, którzy dobijają tutaj promami z miejscowości Kissamos. Jeżeli chcą zobaczyć Balos z tej perspektywy, muszą specjalnie wdrapać się na górę. No i prom wraca z powrotem o określonej porze, a mając własne auto możemy być tu tak długo, ile tylko chcemy.

Na Balos spędziłem około 3 godzin spacerując po lagunie, pluskając się w krystalicznie czystej wodzie i rejestrując w pamięci te cudowne widoki. Jeżeli zamierzacie zostać tu dłużej, możecie wynająć jeden z kilku leżaków z parasolem na cały dzień – kosztuje to kilka euro. Płacicie raz i i korzystacie, ile chcecie.

Jak już wspominałem, na plażę dotarłem dość wcześnie, mniej więcej o 9 rano i byłem tego dnia jednym z pierwszych. Dzięki temu przez dłuższy czas lagunę miałem w zasadzie wyłącznie dla siebie. Z czasem pojawiały się kolejne osoby, jednak o żadnym tłumie mowy nie było. Przynajmniej do południa, bo o tej porze żegnałem już powoli Balos. Było pięknie i niech to miejsce takim pozostanie, jak najdłużej.

Laguna Elafonisi

Elafonisi to kolejny skrawek plażowego raju zachodniej części Krety. Miejsce to często znajduje się w różnych rankingach w czołówce najwspanialszych plaż nie tylko Europy, ale i świata. Nie ma się czemu dziwić – jest tu absolutnie bosko. Plaża wzięła swoją nazwę od wyspy – Elafonisi – która znajduje się od niej w odległości 200 metrów. Dojść do niej można płytką laguną ( najwyżej metr głębokości ). Elafonisi znajduje się około 75 km od Chanii. Dojazd zajmuje mniej więcej półtorej godziny, jednak jest o wiele łatwiejszy niż na Balos, choć po drodze znajdzie się kilka krętych i wąskich odcinków. Na szczęście wszystko z dobrą nawierzchnią asfaltową, więc nie ma żadnych problemów. Zmierzając ku Elafonisi, mamy okazję przejechać przez kawałek interioru zachodniej części wyspy – mijamy małe wioski, przebijamy się przez malownicze wąwozy, wzgórza usiane drzewami oliwnymi. Po drodze bez problemu natkniemy się również na lokalnych sprzedawców miejscowych miodów, raki, które to produkty wysokiej jakości możemy nabyć za przystępne ceny. Sam zresztą z tego skorzystałem.

Na Elafonisi dotarłem podobnie jak na Balos, około 9 rano, więc miejsce to było jeszcze praktycznie puste. Wczesna pora ( no i okres koronawirusa ) sprawiły, że przez dłuższy czas mogłem cieszyć się tym cudownym otoczeniem w niczym niezmąconym spokoju. W przeciwieństwie do Balos, na Elafonisi miejsc do zaparkowania jest znacznie więcej, jednak około godziny 13, a więc wtedy, kiedy ja już powoli wracałem, parking wypełnił się do ostatniego miejsca. Zapewne w normalnym sezonie turystycznym dzieje się to jeszcze szybciej. W przypadku Elafonisi laguna jest znacznie większa i nie odczuwa się w tym miejscu większej liczby osób – każdy gdzieś się rozejdzie i znajdzie swój kawałek piasku ( podczas mojego pobytu tak samo jak na Balos, o żadnym tłumie mowy nie było ).

Elafonisi słynna jest ze swojego różowego piasku, który można spotkać tu w kilku miejscach. Taka barwę najdą mu fragmenty muszelek. W połączeniu z płytką, krystalicznie czystą wodą o wszelkich odcieniach turkusu, niewielkimi wydmami, skałkami, pobliskimi wzgórzami, miejscową fauną i florą, przypomina pocztówkowy raj rodem z końca świata. Jest tu naprawdę cudownie.

Elafonisi jest też nieco bardziej zorganizowana niż Balos, nie tracąc przy tym swojej autentyczności. Są do wynajęcia parasole z leżakami ( kilka euro za cały dzień ), są toalety, przebieralnie, sklepik-bar, ratownik. Wszystko to sprawia, że to idealne miejsce na rodzinne plażowanie, w szczególności z małymi dziećmi, które do woli mogą pluskać się w płytkiej wodzie. Nie ważne jednak, czy wybierasz się tutaj z rodziną, przyjaciółmi, czy sam – Elafonisi oczaruje każdego i naprawdę warto dotrzeć w to miejsce. Stąd nie chce się wracać. Laguna jest po prostu cudowna i absolutnie piękna. W czymś takim można się zakochać.

Ciąg dalszy o Krecie już wkrótce

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *